Kosmetyki do makijażu SINSKIN - recenzja

Kosmetyki do makijażu SINSKIN - recenzja

Dzisiejszy post poświęcony będzie recenzji marki dostępnej na wyłączność w Rossmannie - SINSKIN. Do jego napisania zabierałam się dość długo, ponieważ zamierzałam jak najlepiej przetestować kosmetyki, zanim napiszę co o nich sądzę.

Na stronie producenta czytamy: "SINSKIN to profesjonalne kosmetyki do makijażu, które zostały stworzone we współpracy z wizażystami. Bazując na ich doświadczeniu i analizując potrzeby kobiet, stworzyliśmy produkty, które spełniają zarówno wysokie wymagania codziennego makijażu, jak i idealnie sprawdzą się podczas sesji zdjęciowych czy pokazów mody."

Czytając opis nie sposób nie wymagać wiele od tych produktów, w końcu producent powołuje się na autorytet profesjonalistów, choć z drugiej strony nigdzie nie znalazłam informacji, jacy wizażyści uczestniczyli w tworzeniu kosmetyków SINSKIN (poprawcie mnie proszę, jeśli się mylę).

Nie zamierzam jednak czepiać się szczegółów, przejdę więc do konkretów.



Kosmetyki SINSKIN

Profesjonalna jakość?


Zacznę od tego, że ceny produktów nie należą do najniższych, nie są z pewnością drogeryjne:

Podkład - 73,99 zł

Puder - 88,99 zł

Pomadka - 64,99 zł

Cień - 48,99 zł

Czy znajdują one uzasadnienie w jakości produktów? Mam mieszane odczucia w tej kwestii...
Od gamy kosmetyków współtworzonych przez wizażystów oczekiwałabym przede wszystkim trwałości oraz komfortu użytkowania. 

Tym, co kojarzy mi się z profesjonalną jakością, jest ekskluzywność produktów, przez którą rozumiem ich nienaganny wygląd na twarzy, po wykonaniu makijażu chciałabym zobaczyć efekt WOW, który zachęci mnie do dalszego użytkowania kosmetyków.

Czy produkty SINSKIN wywołały u mnie głębsze emocje? Zapraszam do recenzji ;)

Podkład SINSKIN Must.Have HD Perfecting Foundation


Przy wyborze skusiło mnie to, że miał być HD, czyli pięknie odbijać światło i wyglądać dobrze na zdjęciach. Niestety, nie mam pojęcia, gdzie szukać tego HD, bo wykończenie podkładu jest całkowicie matowe i płaskie. Według mnie najlepiej wygląda na twarzy stosowany z rozświetlającą bazą, solo daje nieco papierowy efekt. Doczytałam również, że ma się dopasowywać do koloru cery, tej właściwości również nie zaobserwowałam. Krycie podkładu określiła bym jako średnie, co czyni go odpowiednim do wykonania codziennego makijażu.

Konsystencja jest średnio gęsta, łatwa w szybkiej aplikacji, zarówno palcami, jak i pędzlem. Podkład nie robi smug, po zastygnięciu ma pudrowe wykończenie.

Kolor, który wybrałam to W10 Light Beige, ma ładny żółty odcień, odpowiedni dla osób o średniej karnacji.


Podkład SINSKIN Must.Have HD Perfecting Foundation






 

 





 Puder mineralny SINSKIN Must.Have Mineral Loose Powder




Wybrałam kolor Natural, w Rossmannie wydawał mi się dość jasny, jednak na twarzy daje widoczny kolor, ciemniejszy niż w opakowaniu, warto więc aplikować go uważnie, w niezbyt dużej ilości. Po pudrze mineralnym spodziewałam się wygładzenia cery i nadania jej zdrowego, naturalnego wyglądu, jednak na mojej twarzy wygląda on dość matowo, nie zauważyłam efektu WOW, powiedziałabym raczej, że efekt jest poprawny, przeciętny.

Puder mineralny SINSKIN jest drobno zmielony, ma aksamitną konsystencję, dość mocno się pyli. Opakowanie jest niezbyt praktyczne, ponieważ zamiast odkręcanej pokrywki ma podnoszone wieczko z lusterkiem, nie ma więc na co wysypać produktu, co sprawia że próby jego użycia zawsze kończą się u mnie sporym bałaganem.

Produkt jest mocno perfumowany, zapach jest bardzo specyficzny, choć nie mogę nazwać go nieprzyjemnym. Intensywny zapach kosmetyków do makijażu zazwyczaj mi nie przeszkadza, ale ten to już dla mnie zbyt wiele.



Puder SINSKIN Must.Have Mineral Loose Powder


Pomadka matowa w płynie SINSKIN Must.Have


Mój kolor to 421 Play It Safe, czyli uniwersalny, bardzo twarzowy brudny róż. Konsystencja pomadki bynajmniej nie przypomina płynnej, raczej określiła bym ją jako bardzo gęsty, lekki mus. Równomierna aplikacja nie sprawia szczególnych trudności, choć pomadka dość tępo sunie po ustach. Jednak już od pierwszych sekund po nałożeniu uczucie nie jest komfortowe, daje się odczuć suchość produktu, jego noszenie również nie należy do przyjemnych. Pomadka SINSKIN niestety wysuszyła mi usta na wiór, z pewnością nie zaliczę jej do ulubieńców.

Trwałość produktu pozostawia wiele do życzenia, mam wrażenie, że mimo suchego wykończenia na ustach, pomadka nie zastyga, co skutkuje tym, że szybko znika z warg.



Pomadka w płynie SINSKIN Must.Have


Cień w płynie SINSKIN Must.Have


Odcień 341 Topping od razu wpadł mi w oko, jest to przepięknie połyskujący, cień w kolorze starego złota z miedzianymi refleksami. Nie mogłam przejść obok niego obojętnie.

Po nałożeniu na skórę zastyga i pozostaje nie do ruszenia przez cały dzień. Wydawało się, że trafiłam na produkt idealny i nie będę miała ochoty się z nim rozstawać... Niestety, mój zawód był ogromny, kiedy okazało się, że bardzo trudno jest go równomiernie zaaplikować na powiekę i wydobyć pełnię uroku.

Próbowałam nakładać go na inne cienie, ale robił w nich tylko dziury, nie chciał się łączyć z innymi produktami, nakładany na sam korektor również się nie sprawdził. Brakuje mi już pomysłu, jak go aplikować, żeby nie zepsuć już wykonanego makijażu :-/

Jak dla mnie, ten produkt to kompletny niewypał, jeśli macie na niego sposób, chętnie poczytam, jak wydobyć z niego to co najlepsze i sprawić, że będzie wyglądał pięknie na powiece.



Cień w płynie SINSKIN Must.Have


Czy warto?


Z pewnością po lekturze posta domyślacie się już, jaka będzie moja odpowiedź. Podsumowując w kilku słowach produkty SINSKIN, które testowałam, z pewnością należy powiedzieć, że nie są warte swojej ceny. Oczywiście, biorę pod uwagę fakt, że mogą one nie być dostosowane do mojej cery i oczekiwań ;) Jakość części z nich jest poprawna i zamierzam je nadal używać. Jednak kiedy pomyślę o tym, że zamiast nich mogę kupić produkty np. INGLOT, które znajdują się na tej samej półce cenowej, bez wahania wybiorę tę drugą opcję.

A co Wy sądzicie o produktach SINSKIN? może którejś z Was sprawdziły się kosmetyki tej marki?













Makijaż klasyczny - kreska i czerwone usta

Makijaż klasyczny - kreska i czerwone usta

Ostatnio na blogu pojawiło się sporo recenzji, więc dziś dla równowagi mam dla Was post z makijażem. Tym razem postawiłam na klasykę, czyli stonowane, matowe cienie na oczach, delikatnie rozświetlony środek powieki i czerwone usta o metalicznym wykończeniu. Co Wy na to? :)










UŻYTE PRODUKTY

Twarz:
- podklad HEAN Never Be Better + INGLOT HD
- korektor LOVELY Liquid Camouflage
- puder SENSAI Translucent pod oczy, na całą twarz LAURA MERCIER Translucent
- bronzer GOLDEN ROSE Mineral Terracota Powder (niezmiennie od wielu miesięcy, nie ma sobie równych) + do poglębienia konturowania KOBO PROFESSIONAL
- róż INGLOT Freedom System
- rozświetlacz INGLOT Soft Sparkler

Oczy:
- cienie INGLOT What a Spice + ZOEVA Cocoa Blend
- eyeliner GOLDEN ROSE Longstay
- pomada do brwi WIBO
- rzęsy z ALIEXPRESS

Usta:
- konturówka GOLDEN ROSE
- metaliczna pomadka NABLA Dreamy











Co sądzicie o takiej odsłonie? Wolicie klasykę, czy jednak chętniej stawiacie na szaleństwo w makijażu?


Puder transparentny LAURA MERCIER LOOSE SETTING POWDER - recenzja

Puder transparentny LAURA MERCIER LOOSE SETTING POWDER - recenzja

Dzisiejszy post postanowiłam poświęcić kultowemu produktowi, który pojawia się wielokrotnie na profesjonalnych grupach tematycznych na Facebooku, jak i na blogach makijażowych pasjonatów. Jak zwykle, nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała go również na sobie (a później na innych).

W roli głównej puder LAURA MERCIER Translucent Loose Setting Powder. Jeśli nie miałyście z nim jeszcze do czynienia, a macie chęć go wypróbować, zapraszam do lektury, postaram się odpowiedzieć na pytanie, czy warto.



LAURA MERCIER Loose Setting Powder



Konsystencja i wykończenie


Na uwagę zasługuje przede wszystkim aksamitna konsystencja pudru, który jest bardzo drobno zmielony. Nie pyli się jednak podczas aplikacji, co sprawia, że komfortowo się go używa, bez ryzyka pokrycia nim wszystkiego dookoła podczas utrwalania makijażu.

Puder LAURA MERCIER "klei" się sam do siebie, ma się wrażenie, że jest nieco wilgotny, jeśli można tak powiedzieć o pudrze sypkim. Te z Was, które testowały już różne produkty tego typu z pewnością wiedzą co mam na myśli ;)

Wykończenie, jakie pozostawia określiłabym jako satynowe. Puder nie jest widoczny na cerze, co jest jego bardzo dużą zaletą, do tego odbija światło, świetnie się zatem sprawdza w przypadku makijażu fotograficznego.

Dla kogo?


Puder jest rekomendowany do każdego typu cery, ma dawać aksamitne wykończenie utrwalać makijaż i matowić cerę, ale nie pozostawiać na niej płaskiego efektu. Zgodzę się z aksamitnym wykończeniem, twarz po jego zastosowaniu nie wygląda papierowo i płasko.

Jeśli chodzi o właściwości utrwalające, to przy mojej mieszanej, ale niezbyt problematycznej cerze, są one zadowalające. Nie jestem natomiast pewna, czy puder spodoba się osobom ze skłonnością do świecenia się twarzy po kilku godzinach noszenia makijażu. Sądzę, że trwałość i właściwości matujące będą niedostateczne.

Za opakowanie o pojemności 29g zapłacimy 215 zł, jest to dość wysoka cena, ale według mnie adekwatna do jakości, jaką otrzymujemy i efektu, który można uzyskać. Przyznam szczerze, że po kilku pierwszych zastosowaniach zupełnie nie wiedziałam na czym polega fenomen tego produktu, wydał mi się pudrem równie dobrym, jak inne tego typu. 

Dałam mu jednak czas i postanowiłam testować na różne sposoby, aplikować go zarówno pędzlem, jak i wilgotną gąbką do podkładu, a także na różne podkłady. Po kilku miesiącach testów stwierdzam, że jest to produkt godny polecenia.



LAURA MERCIER Loose Setting Powder



A jaka jest Wasza opinia na temat tego produktu? Znacie już tę gwiazdę?





Paleta cieni KOBO PROFESSIONAL MY FAVORITE COLORS - recenzja + makijaż

Paleta cieni KOBO PROFESSIONAL MY FAVORITE COLORS - recenzja + makijaż

Do recenzji tego produktu zbierałam się bardzo długo, zawsze przegrywał z innymi nowościami, które wpadały w moje ręce. Jednak czas już podzielić się z Wami wrażeniami z jej użytkowania. Mowa o palecie cieni KOBO PROFESSIONAL My Favorite Colors stworzonej przy współpracy z jednym z najzdolniejszych polskich wizażystów i moim wzorem do naśladowania - Danielem Sobieśniewskim.



KOBO PROFESSIONAL My favorite colors



Ciepłe kolory cały czas na topie


Moda na ciepłe brązy i burgundy w makijażu oczu nie słabnie, najlepszym dowodem na to jest fakt, że paletkę niełatwo było upolować. Kupiłam ją w grudniu, zupełnie "niechcący" (wiecie jak jest, sama wpadła do koszyka ;) ). Byłam akurat w Drogerii NATURA (KOBO jest w niej dostępne na wyłączność) i panie przyjmowały dostawę, zapytałam o paletkę i dowiedziałam się, że przyszły 4 sztuki, szafa KOBO oczywiście była pusta.

Początkowo, kiedy paleta weszła do sprzedaży jakoś specjalnie nie byłam nią oczarowana, ponieważ właściwie wszystkie kolory w niej zawarte już mam (no, może poza pomarańczowym cieniem). Jednak kiedy zobaczyłam ją na żywo i znalazła się w zasięgu mojej ręki, ciekawość blogerki zwyciężyła ;)

Kolory, pigmentacja, trwałość


Jeśli chodzi o kolorystykę palety, jak już wspomniałam nie jest ona odkrywcza, więc nie będę się szczególnie na tym skupiać. W tekturowym opakowaniu (dość średnio wykonanym, choć z grubego, sztywnego kartonu) znajduje się 9 magnetycznych wkładów - 3 o wykończeniu perłowym i 6 matowych.



KOBO PRROFESSIONAL My favorite colors



Cienie mają bardzo suchą konsystencję, co sprawia, że pylą się dość mocno w trakcie nabierania na pędzel. Jeśli nie usuniemy nadmiaru na dłoni, mamy jak w banku, że usypie nam się pod okiem chmurka w trakcie aplikacji.

Pigmentacja cieni jest świetna i daje się stopniować, blendowanie również jest bezproblemowe. Budowanie intensywności koloru jest możliwe, ponieważ kolejne warstwy nie usuwają poprzednich, nie tworzą się plamy, czy prześwity. Powiedziałabym nawet, że kluczem do wykorzystania ich potencjału jest stopniowanie intensywności. Cienie KOBO doskonale współpracują z innymi produktami, można je aplikować na sucho i na mokro, a także w towarzystwie innych cieni. 

Jeśli chodzi o trwałość, nie mam najmniejszych zarzutów, użyte na sprawdzoną bazę utrzymują się cały dzień. Niestety, czasem potrafią podrażnić mi oko, ale to zależy od dnia. Makijaż ze zdjęcia wykonywałam wczoraj i było w porządku, poprzednia próba sfotografowania innego makijażu skończyła się porażką, nie mogłam opanować łzawienia oka po użyciu cieni. Myślę, że osoby z wrażliwymi oczami powinny mieć ten fakt na uwadze.



Makijaż wykonany paletą KOBO PROFESSIONAL My favorite colors



Czy warto?


Powiem szczerze, nigdy nie byłam fanką cieni KOBO, głównie ze względu na ich suchą konsystencję. Pigmentacją również nie zwalały mnie z nóg. Zawsze dziwiłam się, gdy czytałam zachwyty w internecie. Czy paleta My Favorite colors zmieniła moje podejście do cieni tej marki? Nieszczególnie... 

Trzeba uczciwie przyznać, że jest to bardzo dobra paleta, ale mnie nie zachwyca. Jeśli potrzebuję ciepłych brązów i burgundów, zdecydowanie chętniej sięgam po moją ukochaną What a spice od INGLOTA.

Ok, pracowało mi się z KOBO przyjemnie, makijaż wyszedł tak, jak tego oczekiwałam pod względem intensywności, ale serce mi nie drży, gdy myślę o tych cieniach.

Podsumowując, w cenie 59,99 zł możecie nabyć 9 cieni o świetnej pigmentacji i ładnych kolorach. Należy jednak pamiętać, że sucha konsystencja nie każdemu się spodoba, trzeba wiedzieć jak się z nią obchodzić, by uniknąć osypania cieni i plam w trakcie aplikacji. Plusem produktu jest fakt, że możemy przełożyć wkłady do innej, zbiorczej palety, jest to niezwykle wygodne, zwłaszcza dla tych z nas, które muszą przemieszczać się z dużą ilością kosmetyków. 

Czy jest warta zakupu? 
Moim zdaniem tak, jeśli takich właśnie kolorów Wam brakuje, chcecie uzupełnić kosmetyczkę i stosunkowo niewielkim kosztem nabyć produkt wysokiej jakości. Ale czy jest to must have każdej kosmetykomaniaczki? Obejdziecie się bez niej ;)



KOBO PROFESSIONAL My favorite colors









Znacie tę paletę albo inne cienie KOBO PROFESSIONAL? Chętnie poznam Waszą opinię na ten temat :)






 

Pomada do brwi WIBO EYEBROW POMADE - recenzja

Pomada do brwi WIBO EYEBROW POMADE - recenzja

Bez podkreślonych brwi nie ma dla mnie dobrego makijażu. To właśnie brwi stanowią oprawę oczu i decydują o uwydatnieniu rysów twarzy a nawet o odbiorze naszego wizerunku. Sposobów na nadanie brwiom pożądanego wyglądu jest wiele, ja najczęściej sięgam po kredkę i cień, ponieważ jest to najszybsza i wybaczająca ewentualne błędy metoda przy codziennym makijażu.

Coraz częściej i chętniej sięgam jednak po pomady do brwi, ze względu na ich lepszą trwałość i precyzję, z jaką mogę wyrysować kształt i uzupełnić miejsca, gdzie włoski rosną nieregularnie. Dzisiejszy post poświęcony będzie właśnie pomadzie - WIBO EYEBROW POMADE.



WIBO EYEBROW POMADE



Konsystencja i trwałość


Pomada WIBO ma miękką, masłowatą konsystencję, która sprawia, że bardzo łatwo się ją aplikuje. Jednocześnie produkt pozwala na dużą precyzję rysunku brwi i domalowanie pojedynczych włosków. Pomada zastyga na skórze i staje się zupełnie matowa, zapewnia więc bardzo naturalny wygląd brwi. Dodatkowo nie pozostawia wyczuwalnej, twardej "skorupy", jest niezwykle komfortowa w noszeniu, do tego stopnia, że czasem zapominam, że mam cokolwiek na brwiach.

Jak już wspomniałam, pomada zastyga po aplikacji, co wiąże się również z godną pochwały trwałością. Producent deklaruje, że jest to produkt wodoodporny, ja powiedziałabym raczej, że wodooporny, można go usunąć wodą oraz płynem micelarnym, ale pocieranie suchym palcem nie robi na nim wrażenia.



WIBO EYEBROW POMADE na skórze



Kolorystyka i pigmentacja


Pomada występuje w czterech odcieniach: blonde, soft brown, dark brown i black brown. Wybrałam dla siebie soft brown i to był strzał w dziesiątkę! Kolor jest neutralny, ani za ciepły, ani zbyt chłodny, świetnie współgra z naturalnym kolorem moich brwi.

Pigmentacja jest bardzo dobra i można ją stopniować, dzięki temu nie przesadzicie z nią, osiągniecie dokładnie taki efekt, na jakim Wam zależy.



WIBO EYEBROW POMADE Soft Brown



Pomada WIBO EYEBROW POMADE to produkt, który bardzo miło mnie zaskoczył. Jest miękka i szybka w użyciu, nie trzeba wkładać wysiłku i nadzwyczajnej precyzji w szybkie wyrysowanie brwi. Do tego jest komfortowa w noszeniu, zupełnie niewyczuwalna na skórze, a dodatkowy plus należy się jej za trwałość.

Polecam ten produkt wszystkim miłośniczkom makijażu, zwłaszcza tym, które miały chęć zacząć używać pomad do brwi, ale nie znalazły produktu odpowiedniego dla siebie.

Cena: ok. 24 zł/3,5g



Znacie pomadę WIBO? Co o niej sądzicie?





Paleta cieni MAKEUP REVOLUTION ELIXIR CHOCOLATE - recenzja

Paleta cieni MAKEUP REVOLUTION ELIXIR CHOCOLATE - recenzja

Lubicie cienie do powiek? Ja nie wyobrażam sobie bez nich makijażu, uwielbiam!
Znacie słynne czekoladki od MAKEUP REVOLUTION? Chyba każda miłośniczka makijażu już je zna. Jeśli słyszałyście o nich, ale nadal zastanawiacie się nad zakupem, przychodzę z recenzją, która być może ułatwi podjęcie decyzji.

Dziś przedstawię Wam czekoladową paletę MAKEUP REVOLUTION CHOCOLATE ELIXIR.



MAKEUP REVOLUTION CHOCOLATE ELIXIR



Kilka technicznych szczegółów


W palecie znajdziemy 16 cieni o wykończeniu matowym, satynowym oraz perłowym. Dwa z wkładów są większe od pozostałych, ponieważ są to cienie, po które zazwyczaj sięgamy najczęściej - cielisty beż oraz perłowy szampański, który doskonale rozjaśni środek powieki lub wewnętrzny kącik. Oba są bardzo jasne, dla mnie mogłyby być nieco ciemniejsze, jak np. w poprzedniej mojej czekoladce Death by chocolate.

Palety-czekoladki od MAKEUP REVOLUTION są inspirowane czekoladowymi paletami TOO FACED, nie ulega to wątpliwości, jednak temat został już szeroko opisany w blogosferze, nie będę więc go rozwijała. Każdy dokona oceny sam, mnie ten fakt zupełnie nie przeszkadza ;)

Wracając do meritum, czekolady od MUR stworzone są w taki sposób, by były samowystarczalne, stąd obecność w każdej cielistego cienia, kolorów transferowych, które posłużą do łagodzenia przejść między cieniami, a także ciemnych matów oraz perłowych cieni rozświetlających.



MAKEUP REVOLUTION CHOCOLATE ELIXIR


Czy paleta rzeczywiście jest samowystarczalna?
Wszystko zależy od Waszych preferencji. Dla mnie zaproponowany przez producenta zestaw cieni jest wystarczający, choć niestety cielisty cień jest zbyt jasny i nie jest całkowicie matowy, raczej satynowy, pozostawia delikatną poświatę pod łukiem brwiowym. Dla mnie efekt jest do zaakceptowania, choć pewnie znajdą się również jego przeciwniczki. Dodatkowo, cień jest bardzo słabo napigmentowany, co sprawia, że trudno jest nim korygować ewentualne błędy, np. przy zbyt wysokiej aplikacji cieni.

Niska cena vs. jakość


Paleta kosztuje 39,90 zł, więc jej cena jest bardzo atrakcyjna, czy mamy zatem podstawy, by stawiać jej wysokie wymagania?

Jeśli chodzi o pigmentację poszczególnych cieni, jest bardzo nierówna, najlepiej wypadają tu ciemne, matowe odcienie, nieźle radzą sobie również perłowe, do czego MAKEUP REVOLUTION zdążyło już przyzwyczaić swoich fanów. Jasnym matom trzeba za to okazać nieco więcej serca i trochę się z nimi pobawić, by wydobyć ich głębię.

Poniżej swatche wszystkich kolorów z palety, wykonane bez bazy, na "gołej" skórze.






Bawiłam się tą paletą już kilka razy i niestety, muszę stwierdzić, że możliwość budowania intensywności makijażu oka jest w jej przypadku bardzo ograniczona. Cienie mają swoją określoną pigmentację, której nijak nie da się "nadbudować". Odniosłam wrażenie, że w miarę dokładania kolejnych kolorów na siebie tworzy się jednobarwna plama, zamiast gradientu.

Powiem tak, raczej nie jest to paleta do ambitnych, skomplikowanych makijaży, ale też nie oczekiwałam tego od niej. Kupiłam ją jako codzienną i w tej roli sprawdza się idealnie. Mogę wykonać nią prosty, ładny makijaż i nie stracić na to wielu godzin. Kolory są bardzo "moje", ponieważ mamy tu ciepłe brązy i burgundy, nie wieje nudą, można puścić wodzę fantazji przy łączeniu kolorów.

Opakowanie palety wykonano z grubego plastiku z elementami rose gold na wieczku (uwielbiam ten kolor! <3 ), wewnątrz znajduje się duże lusterko, które ułatwia wykonanie makijażu nawet w trudnych warunkach ;)

Dodam jeszcze, że cienie intensywnie pachną czekoladą, co stanowi dodatkowy atut, która z nas nie lubi czekolady?? :D 



MAKEUP REVOLUTION CHOCOLATE ELIXIR



Podsumowując, paleta jest warta ceny, jaką musimy za nią zapłacić. Szczególnie polecam ją osobom, które potrzebują produktu wszechstronnego i szybkiego w zastosowaniu do wykonania codziennego makijażu. Cienie w MAKEUP REVOLUTION CHOCOLATE ELIXIR oferują bezproblemową aplikację i szybki efekt, jednak bez fajerwerków, przy większych ambicjach ich użytkowniczek.



Jak Wam się podoba czekoladka w tym wydaniu? Skusicie się na nią? A może po mojej recenzji emocje nieco opadły?






Intensywnie nawilżający krem MIYA myWONDERbalm - recenzja

Intensywnie nawilżający krem MIYA myWONDERbalm - recenzja

Dziś chciałabym napisać Wam kilka słów o produkcie do pielęgnacji. Dzisiejszą gwiazdą jest intensywnie nawilżający krem MIYA Cosmetics Mywonderbalm I'm coco nuts, jak sama nazwa wskazuje, o zapachu kokosowym.



Krem intensywnie nawilżający MIYA COSMETICS myWONDERbalm



Dobre bo polskie?


MIYA Cosmetics to polska marka, która stawia na prostą, jak najbardziej naturalną pielęgnację cery, która ma dodać nam pewności siebie i zaoszczędzić czas spędzony na porannych przygotowaniach do aktywnego dnia.

Kolejnym atutem, którym szczyci się marka są składy pozbawione parabenów, silikonów, olejów mineralnych, sztucznych barwników, PEG-ów, parafiny i glikolu propylenowego. Deklarację tę umieszczono również na opakowaniu każdego produktu. Zamiast sztuczności i szkodliwej chemii znajdziemy wiele naturalnych składników m.in. olej kokosowy, olejek sezamowy, witaminę E oraz prowitaminę B5.

Brzmi dobrze? 
Mnie skusiły wszystkie obietnice i zalety, którymi szczyci się marka MIYA Cosmetics, zachęcona również wieloma pozytywnymi opiniami w internecie, postanowiłam wypróbować jeden z tych wspaniałych kremów. Wybór padł na wersję kokosową, w moim przypadku nie mogło być inaczej, ponieważ kocham kokos i wszystko, co z nim związane.

I'm coco nuts?


Krem jest bardzo gęsty i treściwy, obawiałam się, że będzie zbyt tłusty do mojej mieszanej cery. Jednak nic bardziej mylnego, okazało się, że nie obciąża skóry, tylko faktycznie ją odżywia i nawilża, bez pozostawienia tłustego filmu. Krem bardzo szybko się wchłania, właściwie natychmiast po jego nałożeniu możemy aplikować podkład i wykonać makijaż. Jest to dla mnie ogromny atut, ponieważ nie lubię czekać na wchłonięcie się pielęgnacji, często był to też powód, dla którego zdarzało mi się do tej pory pomijać ten krok o poranku.

Krem MIYA świetnie "trzyma" cały makijaż, nie wpływa negatywnie na jego trwałość, poprawia wygląd produktów na twarzy. Mam wrażenie, że dzięki nieco tępemu wykończeniu, które pozostawia krem po wchłonięciu, podkład się do niego klei, zamiast ślizgać po powierzchni cery.

Wszystko to sprawia, że z pewnością będę sięgała po ten krem częściej i chętnie wypróbuję pozostałe warianty, a także słynny już myPOWERelixir - naturalne serum rewitalizujące.

Jedyny minus, jaki zauważyłam do tej pory jest taki, że mojej cerze nie służy używanie kremu w nadmiernej ilości. Po zimie miałam sporo suchych skórek i podrażnień na twarzy, postanowiłam więc skorzystać z nawilżających właściwości produktu i zaaplikowałam go solidną ilość, niestety obciążył mi skórę. Nic podobnego nie dzieje się jednak, gdy stosuję go z umiarem.

Za 75ml kremu zapłacimy 29,99zł - zdecydowanie warto się nim zainteresować ;)






Znacie już produkty MIYA Cosmetics? Jeśli nie, skusicie się na któryś?






Podkład adaptujący AVON TRUE COLOUR Flawless Liquid Foundation - recenzja

Podkład adaptujący AVON TRUE COLOUR Flawless Liquid Foundation - recenzja



Dzisiejszy post będzie poświęcony najnowszemu podkładowi na mojej półce z codziennymi kosmetykami. Mam dziś dla Was recenzję produktu dostępnego w ofercie AVON - w roli głównej adaptujący podkład True Colour Flawless Liquid Foundation.



AVON TRUE COLOUR FLAWLESS LIQUID FOUNDATION



Na początek charakterystyka i obietnice ze strony avon.pl :
"Maksimum perfekcji, zero kompromisów. Poczuj lekkość innowacyjnego, idealnego krycia ze 100% efektem naturalności.
  • pełne krycie bez efektu maski
  • naturalny wygląd dzięki technologii niebieskich pigmentów IQ
  • redukuje błyszczenie się skóry bez wysuszania
  • lekka, bezolejowa formuła z filtrem SPF 15
  • trwałość przez cały dzień" 
Tradycyjnie, producent sporo nam obiecuje, a jak wypadają obietnice w konfrontacji z rzeczywistością?

Formuła i właściwości


Podkład ma średnio gęstą, kremową konsystencję. Bardzo dobrze się go aplikuje i rozprowadza na twarzy, nie ma najmniejszego problemu ze smugami, czy nierównym rozłożeniem produktu. Nakładam go palcami i metoda ta sprawdza się świetnie, jest to dla mnie najszybszy i najwygodniejszy sposób podczas wykonania codziennego makijażu. 

True Colour nie zastyga w 100%, w kontakcie ze skórą staje się jakby lekko pudrowy, daje czas na równomierną aplikację, nie muszę się z tym spieszyć. Wykończenie jest matowe, więc produkt podkreśla suche skórki, dlatego uważam, że najlepiej sprawdzi się w przypadku cery mieszanej lub normalnej.

Mimo, że wykończenie jest matowe a konsystencja treściwa, podkład jest niezwykle komfortowy w noszeniu, nie czuć go na twarzy. Muszę przyznać, że nie przepadam płaskim efektem matu, więc najpierw używam bazy rozświetlającej, ewentualnie spryskuję gotowy makijaż mgiełką odświeżającą Inglot. Zabieg ten sprawia, że cera wygląda na prawdę pięknie.







Krycie i trwałość


Najciekawszy dla mnie punkt programu ;) 
Testowałam już kilka podkładów z AVON i żaden szczególnie mnie nie zachwycił, dlatego nie spodziewałam się zbyt wiele również po tym produkcie. Tym większe było moje zaskoczenie w trakcie pierwszej aplikacji. Okazało się, że podkład ma bardzo dobre krycie. Wystarczy niewielka ilość, by pięknie ujednolicić koloryt i pokryć niedoskonałości. Nie jest to krycie całkowite, ale też nie zależy mi na takim w codziennym makijażu, nie mam ochoty cały dzień chodzić z tapetą.

Jak się ma rzecz z trwałością, którą również obiecuje producent?
Tutaj sprawdzian również wypada celująco. Po 8-9 godzinach wygląda tak samo jak zaraz po nałożeniu (z czasem, kiedy wtopi się w skórę, nawet ładniej, pięknie wtapia się w skórę).

Podkład świetnie współpracuje z innymi produktami, można na nim budować produkty pudrowe (kremowych jeszcze nie aplikowałam).






Kolory


Produkt dostępny jest w 9 odcieniach, zarówno o różowych, jak i żółtych oraz neutralnych tonach. Niestety, jeśli chodzi o podkłady AVON gama kolorystyczna zaczyna się od stosunkowo ciemnych odcieni, nie wiem czy bladziochy znajdą odpowiedni kolor.

Na zdjęciu poniżej porównanie podkładu w kolorze Light Nude z REVLON Colorstay w kolorze 150 Buff.

Bardzo dużą zaletą podkładu jest fakt, że nie oksyduje, nie ma ryzyka nieprzyjemnych niespodzianek ze zmianą koloru w chwilę po aplikacji.



Podkład adaptujący AVON TRUE COLOUR i REVLON COLORSTAY 150 Buff



Gwiazda w ofercie?


Według mnie podkład adaptujący od AVON jest najbardziej udanym "dzieckiem" marki w kategorii produktów do makijażu. Jest komfortowy w noszeniu i trwały, kilka godzin noszenia nie stanowi dla niego wyzwania, nie ściera się ani nie znika.

Doskonale współgra z innymi produktami do makijażu.

Krycie zasługuje na słowa uznania, dawno już nie miałam okazji testować taniego podkładu o tak dobrym stopniu krycia. Ponadto, pomimo swoich właściwości kryjących i zastygającej formuły, nie stwarza żadnych kłopotów przy aplikacji.

Przed aplikacją pamiętajcie o odpowiednim nawilżeniu cery, dobre efekty daje również użycie go na bazę rozświetlającą.

Opakowanie produktu posiada pompkę, jest szklane i ciężkie, daje poczucie, że trzymamy w dłoniach drogi, ekskluzywny kosmetyk. Jednocześnie, nie jest to najlepszy produkt do zabrania w podróż, możecie być pewne, że odczujecie jego obecność w kosmetyczce ;)

Jestem pewna, że podkład ten zagości u mnie na dłużej, jest idealny na codzień.

Za opakowanie o pojemności 30ml zapłacimy ok. 28 zł (w zależności od katalogu).



AVON TRUE COLOUR FLAWLESS LIQUID FOUNDATION





Miałyście już do czynienia z tym produktem? A może zachęciłam Was do wypróbowania go?